| Gdzie jest kryzys? |
|
|
Wprawdzie media zawsze sobie poradzą i wykreowaną sensacją się wyżywią, bo zawsze zaginie, czy zginie gdzieś małe dziecko (fajniej jest, jak na początku niby zaginie, a potem okaże się, że zginęło, bo „histeria” da się eksploatować dłużej) albo będzie mróz lub upał, ale wybitni analitycy po zaliczeniu kolejnej kompromitującej wpadki (pierwsza to nieprzewidziany kryzys 2008-2009) nadal nie mają recepty na zajmowanie bezpiecznego stanowiska, chyba, że przyjmą filozoficzną postawę lekarzy z „Koziołka Matołka”, którzy powiedzieli, że „Jak nie umrze to żyć będzie”. Kłopot z ekonomicznymi wieszczami polega na tym, że, nie tylko uporczywie powtarzana bzdura może stać się samospełniającą przepowiednią (i o to chyba w tym uporze chodzi, choć, jak widać upór rzeczywistości nie czyni), ale także na tym, że człowiek kojarzący fakty (bezrobocie nie wzrasta, wzrasta średnia płaca, wzrost gospodarczy jest dodatni, nie tylko u nas, ale i w Niemczech, nie mówiąc o USA, rośnie portfel zamówień i inwestycje, etc.) ciągle rozmyśla, czego nie zauważył (skoro tylu innych widzi, to ja muszę być ślepy) i zaczyna żyć w stresie, panicznie zastanawiając się, z której strony uderzy tylko przez niego niedostrzeżony hipotetyczny fakt ekonomiczny. Pochodnym pierwszego kłopotu jest drugi, polegający na tym, że trzeba pracownikom powiedzieć to, co się naprawdę myśli, czyli, że kryzysu nie ma (inaczej nie jest się wiarygodnym), a oni codziennie są bombardowani straszliwymi przepowiedniami o kryzysie u bram i na salonach. Wprawdzie ogłaszane od 2009 roku, co miesiąc, wyniki firmy wspierają kojarzących fakty, a nie patrzących w szklaną kulę, ale nadal siła masowej sugestii jest poważna. Jeżeli do tego dodamy postawę naszych szefów regionalnych lub właścicieli, którzy, ze strachu przed widmem kryzysu codziennie ogłaszanego, nie mogą wytrzymać i dzwonią, żeby się cokolwiek o wyniku stycznia, przed czasem na jego ogłoszenie przewidzianym, dowiedzieć, to trzeba mieć naprawdę silne nerwy, żeby zachować spokój i zdrowy rozsądek. Jeden z menedżerów powiedział w sierpniu, że na przekór siejącym panikę doktorom od przekrętów jego firma wykona budżet 2011 z naddatkiem i wejdzie w 2012 r. przygotowana do dalszej ekspansji, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wprawdzie ostatni kryzys nauczył firmy, że nie wolno oszczędzać na sprzedawcach, ale nadal uważają, że można oszczędzać na działalności operacyjnej, czyli, de facto godzić się na spadek jakości, co odstraszy nie tylko nowych, ale i stałych klientów. Z jednej strony wszyscy menedżerowie wysokiego szczebla wiedzą, że małpowanie zachowań dominujących na rynku jest gwarancją porażki, a z drugiej strony ich rosnąca wraz z każdym kolejnym awansem awersja do ryzyka każe im zachowywać się dokładnie tak, jak zachowuje się stado takich, jak oni i do nich podobnych. Zastanawia mnie, dlaczego po raz kolejny w dziejach biznesu tak niewielu w kryzys wierzących zrobiło tak niewiele i dzięki temu uratowało tak licznych. Mam na myśli masowe zwolnienia i odchudzanie firm, ale skoro w obliczu kryzysu lat 2008-2009 działania takie podjęto masowo dopiero w II połowie 2009 r., to może wszystko jeszcze przed nami. Z braku laku za kryzys można uznać spadek ratingu swojego i/lub innych krajów, ale czy, tak naprawdę, ktoś wątpi w wypłacalność, nawet Grecji. Ostatnio okazało się, że Włochy sobie radzą, a i Portugalia zaczęła się wygrzebywać, czyli nieźle się dzieje w Unii Europejskiej. Pozostaje już tylko się poznęcać nad paktem fiskalnym. Całość przeczytasz w numerze 7/2012 Zamów prenumeratę Polskiej Gazety Transportowej już dziś! Kliknj na ten tekst! |








To pytanie, w coraz większej panice, zadawane przez wybitnych analityków i media można było wreszcie usłyszeć już w drugiej połowie stycznia, ale luty nie tylko zmroził, jak na ten miesiąc przystało, niebo i ziemię, także pozwolił wreszcie zrozumieć, że kryzysu od dwóch lat nie było, nie ma i nieprędko przyjdzie (a złotówka, wbrew powszechnym do dziś proroctwom, zaczęła się umacniać).