| Reprezentacja fiskalna |
|
|
Historia niepodległej bogata jest w „i czasopisma”, jak też „inne rośliny”, co, po części zawdzięczamy parciu niektórych posłów na przejście do historii, a po części niektórym urzędnikom, którzy nadal wierzą, że można stanowić prawo, którego nie da się obejść, czyniąc tę wiarę motorem swej misji dziejowej. Powszechne w krajach komunistycznych przekonanie, że wszyscy są złodziejami i bandytami, a tylko nie trafili na swoją okazję do popełnienia stosowanie obrzydliwego przestępstwa (nota bene to myślenie jest do dziś obecne w tradycji widzenia świata przez partie mieniące się prawicowymi) jest anachronizmem, zarówno dziejowym, jak i poznawczym, szkoda tylko, że jego skutki musimy ponosić wszyscy (chyba, że mówimy o solidarnej w głupocie Polsce, a to zupełnie inna bajka). Jak zwykle diabeł tkwi z szczegółach, o których tak łatwo zapomnieć, a równie łatwo jest nimi manipulować. Interesujący nas „przypadek” opisany jest w paragrafie 14 wyglądanej z utęsknieniem regulacji. Jest w nim takie malutkie odniesienie do ustawy o podatku VAT, a konkretnie jej art. 97 p.10, który mówi: „Podmioty, o których mowa w ust. 1 i 2, zarejestrowane jako podatnicy VAT UE, które uzyskały potwierdzenie zgodnie z ust. 9, przy dokonywaniu wewnątrzwspólnotowego nabycia lub wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów lub przy nabywaniu usług, o których mowa w art. 28 ust. 3, 4, 6 i 7, podają numer, pod którym są zidentyfikowane na potrzeby podatku, są obowiązane do posługiwania się numerem identyfikacji podatkowej poprzedzonym kodem PL”. Te jakże „inne czasopisma” oznaczają, ni mniej, ni więcej, że podmiot, który w swej naiwności zechciałby skorzystać z zastępstwa podatkowego w naszym najpiękniejszym z krajów demokratycznych musi najpierw zarejestrować się jako podatnik VAT w Polsce. Ponieważ sama procedura trwa zaledwie kilka minut (i nie da się tego zrobić w „jednym okienku”, choć może świeżo narodzone ministerstwo cyfryzacji coś na ten syndrom „niedo” kiedyś poradzi) i zgoła nic nie kosztuje, to dziwić się należy, że pozaunijne podmioty głosują nogami (działając w ten sposób na własną oczywiście oczywistą niekorzyść) i nadal bezczelnie załatwiają swoje sprawy w Niemczech. Ponieważ „Polak potrafi” powinien sam, za własne pieniądze, podjąć się roli ambasadora narodowej biurokracji i przekonać wątpiących do wspierania własnymi pieniędzmi świetnie radzącej sobie w kryzysie polskiej gospodarki. Myślę, że sama świadomość, że przyczynia się tym samym do świetlanego rozwoju kraju nad Wisłą warta jest każdego wysiłku. W Unii Europejskiej istnieje zgoła irracjonalne przekonanie, że o sile gospodarki decydują małe i średnie przedsiębiorstwa, które oprócz swej liczebności mają czelność płacić podatki i przejmować się swoimi pracownikami. Żadne z tej wielkości przedsiębiorstw nie będzie traciło pieniędzy na dodatkowe rejestracje, które poza zadowoleniem urzędniczym nikomu nie przynoszą żadnych korzyści. Być może niektóre, jakże niesłuszne i słusznie znienawidzone koncerny globalne wyrzucą pieniądze na kolejny świstek, ale z tego nie da się zbudować biznesu, który zwyczajnie przechodzi koło nosa. Być może spokój ducha urzędnika jest dla państwa więcej wart niż wpływy do budżetu, ale ten typ myślenia odesłały już na śmietnik historii kunktatorskie wolty wokół rzeczywistej integracji ekonomicznej. Możemy się nadal w to bawić, ale lepszy jest ponoć wróbel w garści niż kanarek na dachu, czyli wpłacony podatek od tych, przy których nie daliśmy się oszukać. Całość przeczytasz w numerze 4/2012 Zamów prenumeratę Polskiej Gazety Transportowej już dziś! Kliknj na ten tekst! |








Wydawałoby się, że po wieloletnich i ciężkich bólach ustawodawca urodził wreszcie stosowny przepis, który pozwoli Polsce konkurować z innymi państwami-członkami Unii Europejskiej, w których reprezentacja fiskalna jest chlebem powszednim. Naiwni sądzili, że będą mogli teraz tworzyć miejsca pracy oraz zarabiać (czyli także płacić stosowne podatki), a także zatrzymywać dla skarbu państwa należną część opłat celnych. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze.